Delfinoterapia - Białoruś, Mińsk 2015

Ostatnia aktualizacja 09.01.2016

W terminie 04-15 maj 2015 byliśmy w Mińsku na Białorusi na trzeciej już Delfinoterapii. Tym razem 1 raz na Białorusi. Z uwagi na niestabilną sytuację na Ukrainie, zdecydowaliśmy się na Białoruś. Turcja (ok 20 tys), Egipt (ok 14 tys) (gdzie również prowadzone są delfinoterapię) – są dla nas zbyt kosztowne. A Białoruś oscylowała w granicach dostępnych dla nas ;)

 
 

W styczniu 2015 zaczęłam szukać alternatywy dla Ukrainy. Wyszukując w intrenecie informacji o delfonoterapiach weszłam na BLOGa Marysi Ciborowskiej http://ciborka.blox.pl Mama Mani – Julita poprowadziła mnie dosłownie „ za rączkę” abym ogarnęła załatwienie wszystkiego związanego z wyjazdem na delfinki. A zatem – pierwsze co to trzeba wybrać termin ;) z uwagi że był to nasz „pierwszy raz” postanowiłam jednak nie ryzykować do końca ;) i ustaliłam termin taki jak rodzina Ciborków ;) którzy już byli na Białorusi w 2014 r. A zatem termin od 4 maja. Następnie zarezerwować kwaterę. Za pośrednictwem Vasilija (facet który pracuje w delfinarium – terapeuta) wybrałam kwatere (na podstawie przesłanych mi zdjęć) – niestety blisko delfinarium nie miał już wolnych mieszkań, zatem musiałam zdecydować się na mieszkanie oddalone 10-15 minut autem od delfinarium. Koszt mieszkania (1 pokojowe) – 45$ za noc (5 piętro w wieżowcu)- wg fotek standard wysoki – i taki rzeczywiście był (nie mówię tu o wyglądzie samego bloku, klatek schodowych czy windy, bo o tym można napisać osobny tekst;))) Mieszkania bliżej delfinarium miały o wiele niższy standard.

Kolejnym krokiem było wysłanie formularza zgłoszeniowego do delfinarium NEMO http://minsk.therapynemo.com/ru/application/

 

Następnie czekałam na potwierdzenie z delfinarium i przesłanie Zaproszenia na podstawie którego mogłam dopiero starać się o wizy w konsulacie. Konsulat Białorusi znajduje się w Warszawie, w Białymstoku i jeszcze gdzieś ;) najbliżej mi do Warszawy. Z Ewą będąc na turnusie w stolicy podjechałam do konsulatu i złożyłam papiery o wize.(właśnie do wizy potrzebne były nam aktualne zdjęcia paszportowe). Musiałam oczywiście zapłacić (25 euro za mnie i Jacka – Ewa gratis (do 6 roku za darmo). Musiałam już pokazać w konsulacie ubezpieczenie (nie każda firma ubezpieczeniowa robi polisy na Białoruś). Polisy grosze kosztowały, Ewie wykupiłam pakiet rozszerzony, na wszelki wypadek (na szczęście nie był potrzebny). Wizę można było odebrać po 7 dniach. I tutaj wielkie DZIĘKI dla Asi i Dominika rodziców Kuby Gila, którzy odebrali nam paszporty z wklejonymi wizami ;) (dodam że odbiór wiz odbywa się w określonych godzinach: między godziną 15 a 16 ;))))
Oczywiście zielona karta musi także być.
Z uwagi, że kwaterę wybrałam której właścicielem nie był Vasilij tylka jakaś tam Olga ;) musiałam wpłacić zaliczkę w wysokości 100 $ (przelew wykonałam w placówce Western union (pobrano dodatkowo opłatę 25 zł).

 
 

2 maja wyruszyliśmy do Białegostoku, gdzie mieliśmy nocleg. Rano 3 maja wyruszyliśmy jeszcze z 2 rodzinami do Mińska. Granicę przekraczaliśmy w Kuźnicy. Od razu wjechaliśmy, brak innych aut. Niestety biurokracja powaliła mnie ;) papierków do wypełniania „tona” i te wszystkie świstki ważne. Na każda osobę (w 2 egz) – i na auto. Oczywiście wszystko po rosyjsku ;) dobrze ze były jakieś „ściagi”;) Ja z moim prawie zerowym rosyjskim dzięki pomocy współtowarzyszy – dałam rade ;) Wszystko trwało ok 1h.
Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na stacji gdzie należało nabyć wspaniały wynalazek BelToll – urządzenie, które rejestruje przejazdy na autostradach i nalicza opłaty, które należy potem zapłacić w drodze powrotnej na tej samej stacji przy oddawaniu tego super wynalazku ;)
http://poland.mfa.gov.by/pl/beltoll/
Cała załoga zakupiła i zamontowała w aucie naliczacz opłat (tu tylko wspomnę, że mogą zdarzyć się popsute urządzenia i po przekroczeniu 1 bramki musi pisnąć – bo potem może być mega kara przy kolejnym wjeździe na Białoruś).
Drogi na Białorusi super – lepsze niż w Polsce. Szerokie, bez dziur kolein itd. Szybko przelecieliśmy te 300 km do Mińska. Tu muszę wspomnieć że na Białorusi nie działa automapa, Igo i here maps. Wgraliśmy "Seven Ways" który uratował nas ;) bez niego zginęlibyśmy jak muchy w smole. Język rosyjski mieliśmy w podstawówce, i którego przez ponad 20 lat nie używaliśmy ;) mieliśmy spory problem z odczytaniem nazw ulic.

 
 

Na Białorusi przestawia się zegarki godzinę do przodu. W Minsku byliśmy ok 15.
Kwatera super. Niestety śmierdziało papierosami, czego nie znoszę!!! Ale po 2 dniach smród wytępiłam ;)) W kuchni kuchnia indukcyjna, meble w zabudowie, pralka, panele i glazura na podłogach – mogę rzec że lepiej niż u nas w domu ;)
2 razy nie było prądu ok 19 – czyli w porze szykowania kolacji dla panny Ewy. I znów mały problem ;) kuchnia indukcyjna ekstra ;) ale jak jest prąd… a że Ewa kanapki nie umie zjeść tylko jedzonko papkowate, musiała jeść na kolacje zimne jogurciki ;)

Obowiązkowo musieliśmy się jeszcze zameldować w Mińsku. Jakbyśmy tego nie zrobili mielibyśmy mega duże problemy z opuszczeniem Białorusi, na pewno dużą karę. (Rok temu właśnie rodzice Marysi i Filipka nie wiedzieli o tym obowiązku i mieli problemy na granicy). W biurze meldunkowym straciliśmy całe przedpołudnie. Wypełniać musieliśmy PO ROSYJSKU!!!! Formularze meldunkowe ;) potem jeszcze urzędniczka kiwała głową jak musiała poprawiać te ich śmieszne literki. A że to wypełnianie zajęło nam „troszkę czasu” akurat dochodziła godz. 13 o której urząd miał jakąś imprezkę – i nas spławiono. Po odbiór tych bardzo ważnych świstków kazano przyjść za 2 h. ;)) ale udało się!!!!

 

W poniedziałek 4 maja o 9,30 rozpoczęliśmy 1 zajęcia. Delfinarium znajduje się na terenie Zooparku. Do samego delfinarium prowadzi 35!!!! Stromych blaszanych schodów !!! Na szczęście Ewa ładnie za rączkę wchodzi po schodach i schodzi, ale olbrzymi problem kiedy osoba jest z dysfunkcja ruchu, że porusza się tylko na wózku. To trzeba na ręce i wnosić… ja sama jak wchodziłam to na górze miałam już zadyszkę.
Sam basen mały, w kształcę okręgu – ale głęboki. Oby, bo 5 delfinków ;((( aż smutno patrzeć jak w takim małym akwenie się męczą…. Ale wyglądały na szczęśliwe mimo że miały mało miejsca do pływania.

 

Same zajęcia trwają ok 25 minut. Codziennie terapeuta pytał się jak dziecko się czuje, czy dobrze spało, jak jadło, czy coś niepokojącego się wydarzyło. Potem zaczynała się zabawa. Ok 10-15 minut na brzegu. Głaskanie, wkładanie kółek na pysk delfinka, słuchanie jak śpiewają, malowanie z delfinkami, pojenie delfinka woda z konewki. Oczywiście Ewa wszystkie te czynności musiała wykonywać z pomocą terapeuty (z uwagi na swoja niepełnosprawność). Po zabawie wchodzili do wody. Pływanie na delfinkach, głaskanie itp. I minimalny czas leżenia na wodzie tzw sonarowania. Ewa miała na 10 dni może z 4-5 razy po kilka sekund- dosłownie. Wg delfinarium w Mińsku, działanie ultradźwięków jest na powierzchni wody, nie trzeba leżeć z głowa przy sonarze delfina… na Ukrainie w Chmielniku twierdzili coś innego – która szkoła jest lepsza – jeszcze nie wiem ;)) na pewno zabawa jest milsza niż leżenie na siłę i trzymanie dziecka które się wyrywa.
Niestety Ewa jak to Ewa ;) miała swoją wizje spędzania czasu w delfinarium. Pierwsze 2 dni było ok, nawet się śmiała jak delfin zrobił fale. Ale od 3 dnia zaczęła już buczeć… informować wszystkich że jej się nie podoba. I tak to buczenie narastało z dnia na dzień. Sam terapeuta potwierdził to co już niestety wiemy od dobrych kilku lat… że Ewa nie lubi wykonywać poleceń. Buczała bo musiała wkładać kółka na delfina, głaskać go w określonym akurat momencie czy wejść do bardzo zimnej wody i jeszcze pływać na delfinie gdzie woda jej w twarz pryskała ;) kiedy terapeuta puszczał wolno Ewe i jej nie nakazywał co ma robić, było ok, machała sobie nóżkami i płynęła gdzie chciała, ale jak ją znów złapał Ewa okazywała niezadowolenie że znów coś od niej chcą ;)
Jeszcze wspomnę o samych warunkach na basenie. Na pierwszy rzut oka ok, ale brak przebieralni, brak natrysków normalnych ;) tzn były 2 w kuchni gdzie kroili rybki dla delfinków. Dodam ze w każdej sesji uczestniczyło 3 dzieci a sa 2 natryski, 1 dziecko musiało czekać jak się zwolni prysznic. Zaleta spora było to, że mieli suszarnie na pianki. Kolejnego dnia przychodziło się i czekała cieplutka pianka.
Koszt 1 delfinoterapii to 1 mln 200 tys Rubli białoruskich – w przeliczeniu ok 80 $ czyli 300 zł. Płaciło się przed każdymi zajęciami – czyli codziennie trzeba było chodzić z tymi ich milionami ;) straszne te pieniądze. Zera aż dwoiły się i troiły w oczach. Np. mówiłam do Jacka daj mi 150 000 bo idę do sklepu ;) (a to ok 40 zł)

 
 

Mińsk ładny, ma ciekawa architekturę. Duzo parków, zadbanych!!! Zalewy, lunaparki – w każdym parku fontanna, plac zabaw. Jednak przy 12 dniach pobytu – już nam się nudziło ;) ile można chodzić po tych parkach albo na lody na plac przy Leninie ;)
Do Polski wracaliśmy już sami (nasi współtowarzysze byli tylko na 1 tydzień). Droga przebiegła sprawnie, jednak mandat za „bystrą” jazdę zapłaciliśmy ;) kwota powalająca 180.000 rubli (ok 45 zł).
Na granicy zeszło nam dłużej – więcej aut. Ale zadziałało na celnikach że dziecko inwalida i tak szybciej nas obsłużono. Jednak na strefie bezcłowej straciliśmy ponad 1 h. Chcieliśmy wydac te ruble, bo nie było szans ich wymienić (kantorznajdował się tylko przy wjeździe na Białoruś) ;))
W godzinach wieczornych dotarliśmy do domu.
Dodam, że ceny w sklepach wyższe niż w Polsce. Jedynie paliwo tanie ;) około 3 zł za litr diesela.
Zainstalowaliśmy sobie w telefonach program VIBER. Dzięki temu programowi mogliśmy rozmawiać i wysyłać sms za darmo (ale tez tylko do osób, które ten program miały zainstalowany w komórce. Zarówno my jak i osoba 2 musiała mieć w chwili połączenia dostęp do internetu).

 
 

Na pewno zdobyliśmy nowe doświadczenia, zwiedziliśmy kolejny kraj (którego raczej byśmy normalnie nigdy nie odwiedzili), poznaliśmy wspaniałych ludzi (Ciborków i Koziołków) ;) teraz czekamy na efekty terapii. Po każdej terapii był widoczny mały kroczek do przodu, czy będzie i tym razem? Na pewno Ewa lepiej śpi. Co w ostatnim czasie był z tym olbrzymi problem. Od października zaczęły występować u Ewy napady szału z agresja i autoagresją. Spaliśmy po 3h na dobę!!!!!

 

Podwyższanie leków na padaczkę pomogło, jednak nie rozwiązało problemu do końca. Ewa gryzła siebie, nas, wyrywała sobie i nam włosy. I każdy taki szał był spowodowany czymś. Np. że skończyła się bajka (a ponowne jej włączenie już nie działało). Od października 2014 r Ewa była diagnozowana w poradni autyzmu JiM w Łodzi. W kwietniu 2015 otrzymaliśmy diagnozę – AUTYZM. Nie było to zaskoczeniem dla nas, bo cech miała tyle, że wszystko wskazywało na autyzm. Mam nadzieje, że delfinki (które są również wskazane dla dzieci ze spektrum autyzmu) – pomogą Ewci i nam…

 

Cały wyjazd: przejazd, zakwaterowanie, delfinoetrapia i jedzenie – wyniosło nas 6400 zł. Musimy teraz przetłumaczyć na j. polski wszystkie dokumenty i przesłać do fundacji w celu refundacji. Dziękujemy wszystkim którzy wspierają Ewe 1% i darowiznami. To dzięki Wam mogliśmy być w Mińsku i dostarczyć Ewci kolejną partie nowych bodźców.


© Copyright 2016 Jacek Pachulski