Delfinoterapia - Ukraina, Chmielnik 2013

Ostatnia aktualizacja 10.01.2016

W terminie 01-11 maj 2013 Ewunia była na delfinoterapii w Chmielniku na Ukrainie. Wyruszyliśmy już 30 kwietnia około południa. Jakby tego wszystkiego było mało, mamusie 5 dni przed wyjazdem dopadła ostra rwa kulszowa (nie mogła nawet wstać, przekręcić się na bok). Na szczęście seria silnych zastrzyków i garści leków przeciwbólowych sprawiły, że dała rade spakować całą rodzinkę…. W godzinach wieczornych dojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego. Zatrzymaliśmy się na nocleg w hotelu. Rano o godz. 7.30 była zbiórka całej grupy. Po godzinie 8 wyjechaliśmy w ddłłuugggąąą podróż. Na Granicy spędziliśmy ok. 1 h. Ale tylko tak krótko, bo organizatorka wyjazdu Aneta Hrywas powiedziała celnikom, że jedzie grupa dzieci niepełnosprawnych. Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej – wymiana waluty na Hrywny, tankowanie samochodów…. I wyruszyliśmy dalej.
Drogi na Ukrainie są jedne z najgorszych na świecie… w porównaniu nasze polskie drogi są wspaniałe ;) nie narzekajmy na polskie dziury!!!!! Na nich tylko buja i kołysze… na ukraińskich urywa koła.

Od granicy do samego Chmielnika – ok. 400 km jechaliśmy 12 h! były 3 krótkie postoje. Cała kolumna samochodów chyba ok. 17 miała nie lada wyzwanie – jazda po dziurkach ukraińskich ;) na szczęście tylko 1 auto złapało gumę…. Nikomu nie urwało koła….
W godzinach wieczornych dotarliśmy wszyscy zmęczeni do Chmielnika. Z uwagi że grupa majowa była bardzo liczna, zajęło trochę czasu zakwaterowanie wszystkich. MY mieszkaliśmy w kawalerce w jednym z bloków. Mieszkanko w porządku. Czysto, schludnie… niedawno był remont. I na szczęście nie śmierdziało papierosami ;) czego mamusia obawiała się najbardziej ;)
1 maja rano o 9 wyruszyliśmy cała ferajną na basen. Ok. 5 minut od mieszkania był Basen. Stary… jakby z innych czasów ;) no ale… najważniejsze były przecież delfinki. Jedna rzecz była dziwna…. Basen znajdował się na piętrze…. Dzieci nie chodzące musiały być wnoszone… Ewa waży 14 kg… ale były i większe –cięższe dzieci…. Brak windy… no ale takie są realia naszego świata… Spotkanie z panią doktor, krótka rozmowa. Przy konsultacji był z nami mąż Anety Hrywas – Tolek (w ogóle obydwoje byli ekstra, wspaniali organizatorzy. Rodzice niepełnosprawnego Wiktorka).

Wyznaczono nam zajęcia na 9.45. Na pierwsze spotkanie z delfinkami ubraliśmy Ewcie tylko w 1 którą piankę, którą kupiliśmy w sklepie sportowym. Początkowo Ewa cieszyła się… jednak po 30 sek delfinek dmuchnął w Ewe powietrzem z woda – i był wrzask… całe 15 minut przez pierwsze 3 dni Ewa wpadała w histerie jak tylko ją podawaliśmy terapeucie… Jednak 4 dnia już nie wytrzymaliśmy i spróbowaliśmy z bajką na tablecie ;) I SUKCES!!! Ewa śmiała się i wyciszyła się. Spokojnie leżała i oglądała Elma, Rarę, Popolo ;) a delfinek działał… pływał przy głowie Ewy i śniupką dotykał Ewy głowy… co jakiś czas wynurzał się wydmuchiwał powietrze Ewa tylko mrużyła oczy, ale skupiała się na bajkach ;) i tak bajka uspokoiła naszą mała syrenkę ;) Po każdej delfinoterapii był jeszcze masaż. Codziennie Ewa miała jeszcze rehabilitację – prywatną płatna 60 zł /h. U wspaniałej fizjoterapeutki Magdy (mamy niepełnosprawnego Filipka). Potem mieliśmy już czas wolny. Chodziliśmy na spacerki, spaliśmy… pełen relaks…

 
 

Jednak muszę napisać jeszcze o samym kombinezonie – specjalnie szytym na delfinoterapię. Z uwagi, że Ewa ma gastrostomię – jest to dziura w brzuchu – otwarta rana, kombinowałam i dumałam nad tym jak można maksymalnie ochronić PEGa, aby zminimalizować ryzyko zakażenia. Zwróciłam się do firmy, która szyje skafandry dla nurków… i zgodzili się podjąć wyzwania i uszyć pierwszy raz skafander suchy dla dziecka. Jego rola polega na tym, że woda nie dostaje się pod kombinezon. Piankę uszyła firma EQUES za co bardzo dziękujemy. Dodatkowo uszyto kombinezon dla Ewci za darmo!!!! Za co tym bardziej byłam szczęśliwa (koszt takiego skafandra to 1200 zł). Skafander było bardzo ciężko założyć… kryza koło szyi, która miała uszczelniać i chronić przed dostaniem się wody pod kombinezon była wąska, ale na tyle szeroka aby dało się przełożyć głowę…. Nie lada zadanie mieliśmy…. Spory stres i nerwy… bo włożenie dla Ewy było bardzo nie przyjemne, Ewa płakała a my w sumie można powiedzieć że na siłę wpychaliśmy głowę… ostatniego dnia pomógł nam założyć skafander tata Laury ;) bo albo kryza się skurczyła ;) albo Ewie głowa urosła hahahah Skafander sprawdził się. Kilka razy tylko woda dostała się pod skafander. Ewa miała założoną tez piankę mokra na wypadek właśnie dostania się zimnej wody. Ale na szczęście wszystko z PEGiem ok. ;)

Drogę powrotną już pokonaliśmy sami…. 900 km w 13 h. Niestety na dziurach ;) aż wypadł nawiew z deski rozdzielczej ;) a cały samochód aż trzeszczał… ;) przed granicą zatrzymaliśmy się aby zatankować jeszcze autko…. i…. nasz kochany scenic nie chciał odpalić…. Pytaliśmy o przewody do akumulatora… ale nikt nie miał. Na szczęście pracownik stacji zobaczył że jesteśmy z dzieckiem niepełnosprawnym, zmęczeni, spoceni i chyba widział już łzy w moich oczach i po jakimś czasie wyszedł z tymi zbawiennymi przewodami (udało mu się znaleźć w magazynie). Podjechali swoim autem i pomógł zapalić scenica…. Od granicy już nie wyłączaliśmy silnika, nawet na postojach auto pracowało…. Na wszelki wypadek… o 23 godzinie w sobotę – 11 maja dotarliśmy do domu….
Była to przygoda niezapomniana… delfiny, podróż ;) wspaniali ludzie których poznaliśmy… teraz czekamy na efekty terapii… podobno 2-4 m-ce trzeba poczekać ;) Zauważyliśmy już kilka zmian…. OBY BYŁO ICH JESZCZE WIĘCEJ to może zdecydujemy się na kolejny wyjazd za rok????

Wyjazd kosztował nas ok. 7-8 tys (przygotowania, paszporty, ubezpieczenia, jedzenie, leki (zapas jak na rok)). Ale było warto…


© Copyright 2016 Jacek Pachulski